ZBOROWSKIE

Niedźwiedzie

Opublikowano: sobota, 7 czerwca 2014 12:38

Podczas gromadzenia materiałów do tej strony, bardzo często towarzyszy mi mój syn. Pewnego razu, spoglądając na niego wypowiedziałem na Zborowskiem takie zdanie - "musimy się też zająć Niedźwiedziami". Spojrzał na mnie, wybałuszył trochę oczy i pyta - to na Zborowskiem były niedźwiedzie?

Tak, odpowiedziałem i musimy się tym tematem zająć. Po chwili ciszy padło następne pytanie - mówimy o takich zwierzętach pokrytych futrem, brunatnym? Gestykulując przy tym i próbował określić wielkość niedźwiedzia. Popatrzyłem na niego, uśmiechnąłem się i powiedziałem - zaraz ci wszystko wyjaśnię.

Syn, co prawda nie wychował się na Zborowskiem, ale też wcale nie aż tak daleko, a praktycznie nic na ten temat nie wiedział. Dużo naszej młodzieży, mimo iż żyje i mieszka u nas od urodzenia też o niedźwiedziach nie słyszało. Co będzie za pokolenie albo dwa?!

Postanowiłem więc napisać to co wiem, zebrać zdjęcia i spotkać się choć z kilkoma organizatorami Niedźwiedzi.

Pierwsze spotkanie zorganizowała Urszula Ledwoń, a przybyli na nie jeszcze Irmgarda Fedorowski (Dziwis) i Gerard Pyka. Dobrze że zgodzili się nagrać nasze wspomnienia, bo nie zapamiętałbym chyba nawet połowy, a wierzcie mi było co wspominać.

Spotkanie u Urszuli Ledwoń - foto Witold Segeth

Niedźwiedzie chodzą w poniedziałek lub wtorek przed środą popielcową.

Pierwsze niedźwiedzie jakie pamiętam (i od tych zacznę ten opis) chodziły na Zborowskiem (i nie tylko, bo zapuszczali się też do Ciasnej, na Molną i Plaszczak) w 1978 roku. Organizatorami była młodzież ponad podstawowa i czasem trochę starsza.

W 1978 w śród uczestników byli min. Krystian Pluta, Wilchelm Kosytorz, Alois Kosytorz, Augustyn Strzoda, Gerard Pyka, Jerzy Świtała, Rudolf Strzoda, Reinhold Strzoda, Walburga Hadzik, Henryk Pyka, Rajmund Pluta, Renata Pielorz, Urszula Ledwoń, Gabriela Kaczmarczyk, Dorota Bryłka, Ingrid Anioł, Małgorzata Dziwis, Krista Kozowa (Krystyna Koza), Henryk Kosytorz. Nie wszystkich rozpoznałem z racji przebrania, więc wszystkich których pominąłem proszę o kontakt - na pewno uzupełnię tę listę, dotyczy to również uczestników późniejszych edycji niedźwiedzi.

W tym czasie bardzo prężnie działał w Zborowskiem Klub Ruchu pod kierownictwem Heleny Kosytorz, w którym bardzo licznie spotykała się młodzież. Jak opowiadał Gerard Pyka, pomysł i akcja przygotowawcza do Niedźwiedzi była bardzo spontaniczna i szybka. Zaledwie kilka dni przed wyjazdem skrzyknęła sie młodzież i wszystko przygotowała.

Przygotowania do wyjazdu zaczynały się rano o 6.00 od ubrania Niedźwiedzia. Tutaj młodzieży pomagały min. Gertruda i Agnes Ceglarek, Marta Ptok, Anna Szafarczyk i Maria Pyka. W tej ekipie Niedźwiedziem był zawsze Alois Kosytorz, tak starannie i mocno ubrany iż pomimo całodziennych harcy strój wytrzymywał do samego wieczora. Dzień wcześniej wszystkie panie spotykały się w klubie lub na sali i plotły sznury ze słomy, by następnego dnia z samego rana pozawijać Aloisa od góry do dołu lub jak kto woli, wzdłuż i w szerz.

Następnie przed salą zbierała się reszta ekipy, przyjeżdżał traktor z wozem, a do niego zaczepiona była specjalna, ładnie przystrojona i wyścielona klatka dla Niedźwiedzia

Geradowi przypadła rola diabła, więc opowiedział na spotkaniu kilka szczegółów jego stroju i wyposażenia, gdzie bardzo ciekawą konstrukcja był ogon. Był to kawał drutu stalowego, bardzo solidnie przymocowanego do szerokiego pasa, na który była nałożona miękka sprężyna, a na całość była naciągnięta czarna pończocha. Na końcu ogona był kartofel obszyty czerwonym materiałem do którego było wbitych bardzo dużo igieł, więc gdy ktoś próbował diabła złapać za ten ogon - jak to Gerard powiedział - od razu miał ciepło. Zadaniem diabła było wysmarować czarnym mazidłem każdego, kogo tylko złapał. W specjalnie powiększonych kieszeniach spodni dodatkowo od wewnątrz obszytych folią miał smar grafitowy i sadzę. To była bardzo skuteczna mieszanka - sam wiem, bo jak mnie w domu na poddaszu złapał, to mama szorowała mnie przez następne dwie godziny.

W składzie zespołu był też lekarz, który wszystkich, szczególnie panie po wnikliwym badaniu, leczył jak zawsze niezawodnym na wszystko, "40 voltowym kuraminem". Niedźwiedzie odwiedzali nie tylko mieszkańców, ale i nasze sklepy i tak zachowało się piękne zdjęcie z panią Trautą Wengel w sklepie żelaznym na ulicy Dolnej.

Niedźwiedzie z wizytą u Sołtysa

W składzie był też milicjant i nie było zmiłuj się, mandat musiał zapłacić każdy napotkany, choć dla niektórych przejezdnych było to z pewnością spora niespodzianka.

A za co ten mandat? - lepiej było nie pytać, bo wtedy milicjant wzywał na pomoc diabła i sprawa komplikowała się jeszcze bardziej.

Swoje usługi zawsze oferował kominiarz z pomocnikiem, a w praktyce polegało to na utorowaniu drogi cygance, klaunowi i reszcie ekipy by splądrować spiżarnię np. z kompotów (pić się chciało), opróżnić garnki w kuchni (jeść też coś musieli), a jak gospodarz miał coś w barku - no to zapomnij - zostawał pusty, ale dzięki temu lekarz miał nową dostawę kuraminu do leczenia chorych i nie tylko !!! Do kurnika po jajka też nie było sęsu iść. Zniknęły czasem nawet z podkładkami.

Zawsze w składzie Niedźwiedzi była: młoda para, strażak, klaun, cyganka, kominiarz. Bywało że diabeł miał pomocnika, albo nawet dwóch.

Dla tego składu Niedźwiedzi zawsze przygrywała na harmonii - bardzo mile i sympatycznie wspominana - Krystyna Koza.

Jak pisałem wcześniej Niedźwiedzie zapuszczały się też dalej i tak pojechali do GS-u w Ciasnej. Pracownicy powiedzieli że ich nie wpuszczą, a Niedźwiedzie, że im nie odpuszczą i tak puściły drzwi i to z futrynami. Wpadli do środka, diabeł wymalował wszystkich z prezesem włącznie, a reszta zrobiła taki bałagan że do końca dnia było co sprzątać.

Nie ominęli też Urzędu Gminy z czego zachowało się kilka fotek.

Na koniec dnia Zborowskie wyglądało jak po przejściu niemałego tornada, gdzie niegdzie nawet z pewnymi stratami, ale ponieważ nikt niczego nie robił ze złości, a wszyscy podchodzili do tego z odrobią humoru następnego dnia wszystko rozchodziło się po kościach, a życie wracało do normy.

Dwie edycje Niedźwiedzi, kilka lat później przygotował Eugeniusz Plaza. Podczas spotkania opowiadał o przygotowaniach i składzie osobowym. Nie będę próbował wszystkich wymienić by kogoś nie pominąć, ale muzykanta wymienić muszę, bo to taka dusza towarzystwa. Tej ekipie na akordeonie przygrywał Julian Seget. Tak jak poprzednie ekipy rozrabiali na wsi ku uciesze swojej i mieszkańców. Wyjechali też do Ciasnej, gdzie min. odwiedzili władze gminy i skład budowlany pana Marczyka. Skład przebierańców był bardzo zbliżony do poprzednich edycji co można zobaczyć na zdjęciach poniżej.

Kilka lat wcześniej też grupa młodzieży zorganizowała Niedzwiedzie, ale ponieważ jeszcze nie rozmawiałem z organizatorami więc na razie zamieszczę tu klika zdjęć.

Młodzież szkolna po kilku latach przerwy z pomocą pana Andrzeja Rojka też kilka razy organizowała Niedźwiedzie, zbierając przy okazji niewielkie datki, zarabiając sobie w ten sposób na szkolny komers. Uważam że inicjatywa godna pochwały i naśladowania. Może teraz dało by się to corocznie powielać i za jednym zamachem utrzymać nasze stare lokalne tradycje, oraz zgromadzić fundusze na zabawę kończącą szkołę.

Podczas rozmów z mieszkańcami dowiedziałem się, że nawet w trudnym okresie powojennym, tzn. w latach 50-tych, też chodziły Niedźwiedzie. W tamtym czasie jednymi z organizatorów byli Konrad Świerc i Eryk Świtała. Podobno rozruba była dużo większa niż wszystkie późniejsze jej edycje razem wzięte.

Jak wyglądało to w okresie wojny i przed nia niestety nie wiem, ale słyszałem że to bardzo stara tradycja wywodząca sie z terenów dzisiejszej Austrii.

Witold Segeth

Źródła:

  1. Zdjęcia pierwszej opisanej tu edycji - Alois Świtała
  2. Zdjęcia pozostałych edycji - organizatorzy i mieszkańcy Zborowskiego
  3. Opracowanie graficzne - SEGETH-NET